Pewnej nocy w Akademii Pan Kleks wydarzyło się coś niezwykłego — zniknął cały atrament. Nie tylko z kałamarzy, ale też z książek, notatek, a nawet z piegów profesora.
Rankiem uczniowie zebrali się w głównej sali, zdezorientowani. Kartki były puste, jakby nigdy nic na nich nie zapisano. Adaś Niezgódka przewracał strony swojego zeszytu, nie mogąc uwierzyć, że wszystkie jego zapiski zniknęły.
— Bez atramentu nie ma historii — mruknął profesor, przyglądając się swoim dłoniom. — A bez historii… łatwo zapomnieć, kim się jest.
Na poszukiwania natychmiast ruszył Mateusz. Wrócił dopiero po kilku godzinach, wyraźnie poruszony.
— Atrament nie został skradziony — oznajmił. — On… uciekł.
Okazało się, że atrament miał dość bycia używanym tylko do zapisywania faktów i poleceń. Chciał tworzyć coś więcej — opowieści, marzenia, rzeczy, które nie muszą być prawdziwe, by miały znaczenie.
Profesor zamyślił się na chwilę, po czym skinął głową.
— W takim razie musimy go przekonać, że wrócił we właściwe miejsce.
Uczniowie zasiedli przy pustych kartkach i zaczęli opowiadać historie… bez pisania. Mówili na głos o światach, które istnieją tylko w wyobraźni, o przygodach, które nigdy się nie wydarzyły, i o bohaterach, którzy nie potrzebują dowodów, by być prawdziwi.
Z każdą kolejną opowieścią w powietrzu zaczęły pojawiać się drobne krople atramentu, unoszące się jak czarne iskry. Powoli opadały na kartki, tworząc słowa — same z siebie.
Pan Kleks uśmiechnął się szeroko.
— Widzicie? Atrament nie służy tylko do zapisywania tego, co już istnieje. Jego prawdziwym zadaniem jest tworzenie tego, czego jeszcze nie ma.
Od tego dnia uczniowie pisali inaczej. Nie bali się wymyślać, przesadzać, marzyć. Bo wiedzieli już, że nawet zwykła kropla atramentu może stać się początkiem czegoś niezwykłego.
Dodaj komentarz