Na mapach go nie znajdziesz. Nie pojawia się w przewodnikach ani w wynikach wyszukiwania. A jednak wielu twierdzi, że tam było.
Miasto bez nazwy pojawia się podobno tylko wtedy, gdy się zgubisz — tak naprawdę zgubisz, nie tylko fizycznie, ale też w myślach. Ulice są ciche, brukowane kamieniem, który wygląda znajomo, choć nigdy wcześniej go nie widziałeś. Latarnie świecą miękkim światłem, jakby czas płynął tam wolniej.
Mieszkańcy? Nieliczni. Uśmiechają się, ale nie pytają, skąd jesteś. Jakby wiedzieli. W kawiarniach podają kawę, która smakuje jak wspomnienia, a w księgarniach można znaleźć książki opisujące wydarzenia, które dopiero się wydarzą.
Najdziwniejsze jest to, że nie da się tam zostać na stałe. Prędzej czy później każda droga prowadzi z powrotem — do świata, który znasz. Ale coś zostaje. Wrażenie, że byłeś w miejscu, które rozumiało cię lepiej niż jakiekolwiek inne.
I chociaż nie możesz tam wrócić świadomie, czasem, gdy skręcisz w nieznaną uliczkę albo pomylisz drogę do domu, przez krótką chwilę masz wrażenie… że jesteś blisko.
Dodaj komentarz